sobota, 19 stycznia 2013

Element baśniowy cz.1



To był jeden z tych przyjemnych wakacyjnych dni. W momencie, gdy to piszę, panuje kurewska zima. Wyjście na papierosa to wyprawa na Montt Everest. I jeszcze ta Niagara lecąca z nosa. Ale wróćmy do tamtego wieczoru. Siedziałem przed komputerem i kończyłem ostatnie zlecenie. Nie będę wam opowiadał, czym się zajmuję, bo to cholernie nudna historia. W skrócie rzecz ujmując moja rola ogranicza się do „kopiuj i wklej” we właściwe miejsce. Płacą dobrze. Nie ma co narzekać. Tak więc rozparłem się dumnie na fotelu, zamknąłem miliard pootwieranych okienek na ekranie i z miną Wilhelma Zdobywcy wpatrywałem się w swój mały świat za oknem. Jak już wspomniałem, to był bardzo przyjemny dzień. Godzina dwudziesta pierwsza i jeszcze całkiem widno. Wiedziałem, że musi wydarzyć się coś ciekawego.

Dzwoni telefon. Jarek.

– No cześć mule. – zaczął wesoło.
– No siema, siema. Co tam panie w polityce?
– Polityka jest taka, że robimy sobie tradycyjny, wakacyjny spacerek. Bądź pod klatką o dwudziestej drugiej. I nie myśl, że jestem taki głupi i nie znam tego całego Wesela Wyspiańskiego.
– Mogę zabrać ze sobą mamę i psa?
– Weź siostrę, bo dobra dupa jest.
– Zajęta.
– To się odbije.
– Ok. Będę.

Prysznic. Nigdy tego do końca nie rozumiem, dlaczego zawsze muszę się obmyć przed wódką z kumplami. To jest coś w klimatach ostatniej wieczerzy, wiecie, że akurat dzisiaj może być ostatnia. Tak sobie to przynajmniej tłumaczę. Przecież nigdy na takie wojaże nie braliśmy kobiet. Nie mieliśmy też zamiaru żadnych zaczepiać.  Po chuj się więc myć? 
To był nasz, męski wypad. Coś jak mentalność wczesnej podstawówki, tylko zamiast glist wrzucanych za kołnierz koleżankom, kurwowaliśmy na nasze byłe i obecne, snuliśmy plany i marzenia, które nigdy nie miały się zrealizować i tak dalej. Pamiętajcie. Faceci nigdy nie wyrastają. Jesteśmy dziećmi i jest nam z tym bardzo dobrze. We własnym gronie rzecz jasna. Poza nim udajemy dorosłych i odpowiedzialnych. Tak trzeba.

Oczywiście tylko ja przyszedłem punktualnie. Drabiniak miał odmienną tradycję, niezwiązaną z higieną osobistą. Zawsze musiał się nawpierdalać przed wyjściem. Mówił, że trzeba zrobić bazę pod alkohol. Szkopuł w tym, że nawet jakby przez tydzień nic nie jadł, to miałby zaprawę na miesiąc chlania. Odkąd wrócił z tej „jebanej emigracji” jak to mówił, nie miał sobie równych w piciu i spożywaniu produktów wysokokalorycznych.

W końcu zebrała się cała gromadka. Jaro, Drabiniak, Edward i ja. Jara już trochę znacie. Lubi mnie nazywać mułem odkąd zacząłem pracować zdalnie przed kompem. Że niby mam opóźniony refleks i jakiś taki flegmatyczny jestem. Bardzo pozytywny człowiek. Pracuje codziennie po kilkanaście godzin na budowie i prawie zawsze ma dobry humor. Jako jedyny z nas zdążył się już wyprowadzić od rodziców i ma własną kawalerkę. Edward to tak naprawdę nie jest Edward. Ale jakoś tak do niego przylgnęło. Na jeden z bali przebierańców w gimnazjum, przyodział zajebiście majestatyczne wdzianko Nożycorękiego. Pokaleczył kilka koleżanek w rockendrlollowym szale, kiedy z głośników leciało AC/DC. No i farbował sobie włosy zawsze na czarno. Na osiedlu miał z reguły przejebane, za te swoje ekstrawaganckie stroje. Ale potem się do nas przyplątał i nikt mu już więcej nie podskakiwał.

Wszyscy czuliśmy, że to będzie dobra wyprawa. No, bo niby jak miało być? Czujesz ten ciepły wieczór, niemal go chłoniesz wszystkimi zmysłami. Słońce już zaszło a ty sobie popylasz w krótkim podkoszulku, ćmisz papierosa i nie myślisz o niczym innym, tylko o tym żeby się dobrze bawić.

Prebud. To nasza mekka. Zawsze otwarty. Święta, smoleńskie pogrzeby, trzech króli. Ni chuja. Zawsze. Bo to rodzinny biznes jest. I te miłe Panie (specjalnie z dużej litery!). Permanentnie uśmiechnięte, nawet jak się czołgasz pod okienko po chrupki za pięćdziesiąt pięć groszy i wodę „najtańszą jakąś”.  No i mają nasze papierosy. Od Cameli po Laki i Malborasy. Ta, myślicie, że to śmieszne jest. To ruszcie pupcie ze swojej aglomeracji i spróbujcie kupić dobre fajki o drugiej w nocy na tym zadupiu. Powodzenia.

– Więc tak – zaczął Jaro. – Poprosimy cztery plastikowe kubeczki, cztery plastikowe banieczki, wie Pani, takie na wódeczkę. Do tego litr wyborowej, dwa litry pepsi i coś pomarańczowego, gazowanego rzecz jasna. Teraz fajki. Rama Cameli żółtych, dwa razy Lucky Strike czerwone i te pedalskie Elemy mentolowe.
– Impreza? – zagadnęła pani sprzedawczyni, zdejmując piękną butelkę wódki z półki.
– Nie. Idziemy do Mordoru. Tam i z powrotem. Albo w jedną stronę, jakoś tak.
– Ja tam was już trochę kojarzę. Potem kupujecie chrupki galicyjskie o 4 w nocy. – powiedziała rozbawiona.
– No masz, rozgryzła nas pani – wtrąciłem się do rozmowy.
– Do Wyborowej dają wam jeszcze porządny kieliszek w zestawie.
– To będzie dla króla Nazguli.
– Kurwa, przeczytał tego Władcę Pierścieni i non stop będzie o tym nawijał. Weź się Jaro już ogarnij. – powiedział zirytowany Edward.
– Nożycoręki. Ty się uspokój. I nie przeklinaj przy damach. Jesteśmy w przybytku monopolowym, są jakieś zasady, nie?
– Dobra, macie tu moje dwie dychy i czekam na zewnątrz.
Edward wyszedł, ale nie trzasnął drzwiami. Kultura musi być, się rozumie.
Kasjerka wszystko ładnie podliczyła, wyszło wcale nie tak dużo. Maszerowaliśmy. Z taką oczojebną pomarańczową siatą. Nikt nie wpadł na to, żeby wziąć jakąś torbę, czy coś takiego. Ale w sumie torby są dla pedałów, tak mawiał Jaro.
– Gdzie robimy pierwszy przystanek? – zagadnął Drabiniak.
– Patrzcie, już go suszy – Jaro zaczął chichotać.
– Chodźmy na mostek, nad Babicę. Tam bym zrobił pierwszy postój. Potem Plac Turka.
– Przecież Turas jest 2 minuty drogi od babicy – zdziwił się Ed.
– Ja tam chcę szybko złapać humorek, nie wiem jak wy – powiedziałem.
– No to premierę łotamy na mostku.
Jest i otwarcie. Fenomen wódki. Niedobra. Okropna. Ale kopie i wprowadza element baśniowy. A jak masz przed sobą blok, za sobą blok, to jak tu nie pić? Oczywiście jest dużo plenerów, wystarczy wychylić nos poza miejską strefę. No ale tam z reguły też się pije, albo robi ogniska – na jedno wychodzi, przecież ogniska też są zakrapiane. Prymitywy. Tak. Powiedz to miażdżącej większości tego społeczeństwa. Od biznesmenów, po księży i cnotki, które składają ręce na niedzielnej mszy. Wszyscy w tym kraju chleją. Ale mało kto umie to robić z klasą.

– Pierwszy toast – zaczął uroczyście Drabiniak – wznoszę za naszą pomyślność.
– Ale ty jesteś oryginalny Mateusz. – syknął w swoim stylu Ed.
– A ty jesteś zjebany.
– I wszyscy są szczęśliwi! – uciąłem bezsensowną wymianę zdań.
– No to zdrowie!
– Zdrowie!
Trzy godziny później…
 

CDN.


tekst: Wiktor Orzeł
rysunki: Ania




4 komentarze:

  1. Co się stało 3 godziny później? piszta szybciej

    OdpowiedzUsuń
  2. rzeczy*
    "w gruncie rzeczy" bądź po prostu "w skrócie"
    z wielkiej litery
    a tak poza babolami, to całkiem interesujące czytańsko, jeszcze tu pewnie wrócę nie raz

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak bardzo z życia wzięte

    OdpowiedzUsuń
  4. Znajome klimaty. Masz zdrowe podejście do pisania. Na pewno wrócę, żeby przeczytać ciąg dalszy; jednocześnie zapraszam na bloga "Psychodelicjusz".

    OdpowiedzUsuń