czwartek, 28 lutego 2013


Element baśniowy cz. 3

Naszym oczom ukazała się przedziwna, nieco pokraczna postać. Osobnik na oko mający jakieś dwadzieścia kilka lat, z rozpiętą falbaniastą koszulą i wiklinowym koszem pełnym kolb kukurydzy. Z ust wystawał mu ledwo tlący się papieros. Patrzył na nas z wyraźnym zaciekawieniem, a jego rozbiegane oczy wydawały się nawet na moment nie skupiać uwagi na czymś konkretnym.
– A panowie, to czego tutaj szukają? – zapytał podejrzliwie.
– No bo właśnie... ten... – zająknął się Drabiniak.
– Uciekaliśmy przed policją. – dokończyłem. – Nawet nie wiedzieliśmy, że tu jakieś pole kukurydzy jest w pobliżu.
– Już się zmywamy i nas nie ma – stanowczo powiedział Jaro i wskazał reszcie kierunek drogi.
– Czekajcie. Nikt z was nie jest tajniakiem, ani nic z tych rzeczy?
– Tajniak raczej by nie wspominał na samym początku magicznego słówka „Policja”.
– No tak... No tak – mamrotał pod nosem nieznajomy. – Niech będzie. Może Zuza się nie wkurwi, że przyprowadzam znowu kogoś nowego. Chodźcie za mną.
Popatrzyliśmy na siebie nieco zbici z tropu. O co mu chodzi? Co, gdzie i jak?

***

Szliśmy dobre kilkanaście minut jakimiś krętymi ścieżkami, skrótami, zagajnikami itd. Wódka trochę już szumiała w głowie i nie bardzo wiedziałem, co to w ogóle za okolica jest. Wydawało mi się, że to jakiś surrealistyczny sen, albo odysejska wyprawa, w której kompania błąka się po bezkresach świata. Albo jak jazda po kwasie. Chyba sobie już mniej więcej wyobraziliście sobie – o ile tak można – jak wyglądał mój stan psychiczny. Podejrzewam, że we łbach moich współtowarzyszy kotłowały się podobne, dziwne rzeczy. Nikt w zasadzie się nie odzywał i o nic nie wypytywał Gandalfa. Po jego zdecydowaniu było widać, że na pewno nie wyjawi nam swojego sekretu zanim nas tam nie zaprowadzi. Nikt nie miał za bardzo zamiaru błąkać się o drugiej w nocy po jakiejś wsi. Było już za późno żeby się wycofać.



W końcu dotarliśmy na miejsce. Nad sporą doliną górował majestatyczny, drewniany dom. Miał kilka pięter, dwa centralnie ulokowane balkony i bardzo estetyczny ganek z werandą. Nie byłoby nic dziwnego w tym wszystkim, przecież zdarza się, że gdzieniegdzie stoją domy zamiast bloków. Bywa też, że ktoś sobie chatę wybuduje właśnie przy lesie. Ale już trochę rzadziej się zdarza, żeby do domu nie prowadziła żadna większa droga, podjazd czy coś w tym stylu.
To nie wszystko. W dolinie paliło się kilka większych ognisk. Słychać było brzmienia gitary, akordeonu i wesołe śpiewy połączone z barytonowym, niemalże końskim rżeniem mężczyzn, którzy zapewne opowiadali sobie jakieś sprośne dowcipy. Kobiecych głosów też nie brakowało, co mnie osobiście bardzo ucieszyło. Staliśmy nad tą doliną i chyba wszystkim udzielił się młodzieńczy i pełen energii klimat tego miejsca.
– Teraz słowem wstępu – odezwał się nasz przewodnik – To posiadłość Zuzy­. Zuza to już nie całkiem młoda babka, ale jest za to bardzo młoda duchem. No i dupę też ma jeszcze w porządku, jak mówią moi znajomi. Ale o czym ja to... no właśnie. Panna Z – bo tak ją też nazywamy– ma bardzo bogatego tatusia. I ten tatuś spełnił jej zachciankę o całkiem sporym domku letniskowym, do którego raz na rok będzie sobie mogła sprosić znajomych, pić wino i udawać hippisów, cyganerię, czy jak to się tam nazywa. Jako, że Zuza nie ma zbyt wielu przyjaciół – a jak ma, to tylko dlatego, że jest bogata – to zbiera przed wakacjami starannie wyselekcjonowanych kandydatów na portalach społecznościowych. Potem z tego robi się listę mailingową, gdzie już określa się szczegóły typu jaką wódkę kto lubi, albo skąd dostać dobry towar. Jak też widzicie nie ma tutaj w pobliżu żadnych ludzi. Spory kawałek tego lasu jest wykupiony przez ojczulka, a kilku stróży pilnuje, żeby nikt nieproszony się tutaj nie dostał. A nawet jak się dostanie, to poza sezonem i tak nic ciekawego nie znajdzie, oprócz tego domu, który i tak jest strzeżony przez niezbyt miłego dziadka z dubeltówką. Wasze szczęście polega na tym, że trafiliście akurat na sezon. A ja jestem bratem Zuzy.

Nieco zmieszani zaczęliśmy się po kolei witać ze wszystkimi biesiadowiskami. Zuza nawet się specjalnie na nasz widok nie skrzywiła. Może dlatego, że była już całkiem nieźle zrobiona. Przyjrzałem się jej trochę dokładniej. Miała rude włosy spięte w zadziorny kok. Mocna, czerwona szminka podkreślała usta. Powieki upstrzone jakimś żółtym cieniem – to chyba jeden z tych elementów stylizacyjnych na dzieci kwiaty. Do tego jakaś zwiewna sukienka. Nic tyko podwinąć. W każdym razie wyglądałaby całkiem pociągająco gdyby nie jej skrzeczący głos. Piała jak kogut o poranku, a gdy się śmiała jej rechot przechodził w spazmatyczną czkawkę.

– Hej koledzy! – Krzyknęła Zuza – Zgodnie z naszą tradycją musicie się napić mieszanki z naszego narkotycznego kociołka!
Nad olbrzymim paleniskiem stał olbrzymi gar. Już na odległość było czuć, że to jedna z tych mieszanin, którą można się uwalić samym wąchaniem oparów przez kilka sekund. Posłusznie zaczerpnęliśmy sobie po kubeczku wywaru w nadziei, że będziemy mogli sobie kulturalnie popijać po łyczku.
– No a teraz do dna! – Zuza zaczęła rechotać i dławić się własnym śmiechem.
– Do dna? – skrzywił się Edward.
– Do dna! – ryknął na cały głos Drabiniak.

***

Ciężko opisać, to co się działo po wypiciu tego magicznego drinka. Ledwo mogłem utrzymać się na nogach, a cały świat wirował mi przed oczami. Mimo – zdawałoby się – tragicznego położenia cały czas się uśmiechałem. W końcu usiadłem na ławce obok jakiejś dziewczyny. Rzuciła mi wyzywające spojrzenie, ale raczej w negatywnym tego słowa znaczeniu.
– Cześć! Karol jestem.
– No i co z tego?
– Zawsze myślałem, że kulturalni ludzie mimo wzajemnej niechęci potrafią się sobie wzajemnie przedstawić.
– A skąd wiesz, że mam ochotę cię poznać?
– Wyczułem na kilometr.
Uśmiechnęła się nieznacznie, ale wiecie, w taki sposób, żebym tego nie zauważył. Ale ja przebiegła bestia jestem i zarejestrowałem ten gest.
– No dobra – wyciągnęła dłoń w moim kierunku – Miło mi, jestem Magda.
– O już ci miło? Zaraz może ci być jeszcze milej. Tam jest taki ładny las…
Kiedy powiedziałem ostatnie słowo już się domyślałem finału. Było pozamiatane.
– Dupek! – krzyknęła, ale jakoś w sumie bez przekonania.
Madzia o bardzo ładnych pośladkach energicznie wstała i przez chwilę wahała się, czy nie walnąć mnie w mordę. W sumie to chyba mi się należało.
– Bądź za pół godziny pod domem Zuzy.



I tak w to do końca nie wierzyłem. Za łatwo, za prosto. To na pewno to tylko kolejna wirtualna przyjaciółka moich bezkresnych, alkoholowych wojaży. No ale siedziałem i odliczałem sekundy. Czas płynął powoli, a jak tylko spuszczałem głowę w dół, to wydawało mi się, że widzę jak wszędzie pełzają olbrzymie, obleśne gąsienice. Dlatego więcej nie wpatrywałem się w ziemie, tylko wlepiłem ślepia w gwiazdy. Ale tu też było niespokojnie. Mały wóz gonił duży, pas Oriona świecił się na różowo i przemawiał do mnie tubalnym głosem jak ksiądz na kazaniu. Nie mogłem dłużej na to patrzeć, bo ogarniał mnie coraz większy lęk. To nie było już śmieszne. Byłem niemal na sto procent pewien, że zaraz walnie tu jakaś kometa i wszyscy zginiemy. Z mojej dziwnej fazy wyrwał mnie przeraźliwy krzyk.
- Pomocy, pomooooocy!!
Rozpoznałem ten na wpół dziewczęcy głos. To Edward.
CDN

tekst: Wiktor Orzeł
rysunki: Ania

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz